Brian Aldiss
Non Stop
. 11 .
- Ograniczenia twego ja, Roy! - wybuchn�� Marapper. -
Przesta� si� miesza� w sprawy Dziobowc�w. Wiem, �e to robota tej dziewczyny.
Zapami�taj moje s�owa, ona ci� wykorzystuje! Jeste� tak zaj�ty rozpami�tywaniem
pikantnych sekret�w, jakie kryje jej sp�dnica, �e nie rozr�niasz drzewa od
glon�w. Pami�taj, �e przybyli�my tutaj maj�c w�asne cele na oku.
Complain potrz�sn�� g�ow�. Rankiem nast�pnej jawy spo�ywali
samotnie posi�ek razem z kap�anem. Sala jadalna by�a pe�na oficer�w, ale ani
Vyann, ani Scoyt jeszcze si� nie pojawili. Marapper znowu powr�ci� do swego
ulubionego tematu o wsp�lnym zdobyciu w�adzy.
- Jeste� niemodny, Marapper - rzek� kr�tko Complain - i
prosz� ci�, nie mieszaj do tego inspektor Vyann. Dziobowcy walcz� o spraw� du�o
wa�niejsz� ni� �mieszne posiadanie w�adzy. Poza tym co ci z tego przyjdzie, �e
wielu z nich zabijesz? Co to pomo�e statkowi?
- Do diab�a ze statkiem! S�uchaj, Roy, zaufaj swojemu
staremu kap�anowi, kt�ry ci� nigdy nie zawi�d�. Ci ludzie wykorzystuj� nas dla
swoich cel�w, a wi�c zdrowy rozs�dek nakazuje post�pi� z nimi tak samo. Pami�taj
r�wnie�, �e Nauka nakazuje my�le� zawsze tylko o sobie, aby w ten spos�b uwolni�
si� od wewn�trznych konflikt�w.
- Zapomnia�e� czego� - powiedzia� Complain. - Litania
ko�czy si� s�owami: „ ...a statek doprowadzony do portu". To jeden z
podstawowych dogmat�w Nauki. Zawsze by�e� wyj�tkowo z�ym kap�anem, Marapper.
Rozmow� przerwa�o pojawienie si� Vyann, kt�ra wygl�da�a
�wie�o i �adnie. O�wiadczy�a, �e jest ju� po �niadaniu. Marapper przeprosi� ich
z wi�ksz� ni� zwykle irytacj� i oddali� si�.
Co� w postawie Vyann powiedzia�o Complainowi, �e jest
zadowolona z odej�cia Marappera: jemu te� to zreszt� odpowiada�o.
- Czy Fermour by� ju� przes�uchiwany? zapyta�.
- Nie, po prostu jeden z cz�onk�w Rady Pi�ciu, Zac Deight,
widzia� si� z nim, i to wszystko. Roger, to znaczy mistrz Scoyt, b�dzie go
przes�uchiwa� p�niej, ale w tej chwili jest zaj�ty innymi niespodziewanymi
sprawami.
Nie pyta�, co to by�y za sprawy. Jej blisko�� oszo�omi�a go
tak dalece, �e z trudem m�g� w og�le m�wi�. Najbardziej pragn�� jej ,
powiedzie�, �e chyba tylko cudem ma tak porz�dnie u�o�one w�osy. Zamiast tego
zapyta� j� z wysi�kiem, co ma robi�.
- Na razie odpoczniesz - powiedzia�a z o�ywieniem. -
Przysz�am w�a�nie, aby ci� oprowadzi� po Dziobie.
Wycieczka okaza�a si� interesuj�ca. Podobnie jak w
Kabinach, wiele pokoj�w by�o pustych i otwartych - Vyann wyja�ni�a, �e ich
zawarto�� pozostawiono na planecie Procyona, Nowej Ziemi. Inne pokoje zamieniono
w farmy na du�o wi�ksz� skal� ni� w Kabinach. Wielu gatunk�w zwierz�t Complain
nigdy przedtem nie widzia�, po raz pierwszy tak�e zobaczy� p�ywaj�ce w
zbiornikach ryby. Od Vyann dowiedzia� si�, �e dostarcza�y one bia�ego mi�sa,
kt�re mu tak smakowa�o. Wsz�dzie wida� by�o zdumiewaj�c� r�norodno�� upraw,
nierzadko hodowanych w specjalnym o�wietleniu. Nie brak�o tak�e specjalnie
kultywowanych glon�w i ozdobnych krzew�w. Jeden bardzo d�ugi pok�j zamieniono na
sad - drzewa ros�y przy �cianach, a krzewy i mniejsze ro�liny na �rodku w
specjalnie usypanych rowach. Tutaj Complain po raz pierwszy zobaczy� grejpfruty.
By�o bardzo gor�co, robotnicy pracowali obna�eni do pasa, a z twarzy Complaina
tak�e sp�ywa� pot. Zauwa�y�, �e bluzka przyklei�a si� Vyann do piersi -
najs�odszych dla niego owoc�w na ca�ym statku.
Na pok�adach rolniczych pracowa�o wiele m�czyzn i kobiet
wykonuj�c rozmaite czynno�ci, proste i skomplikowane. Jako spo�eczno�� o
nastawieniu pokojowym Dziobowcy uwa�ali rolnictwo za swoje g��wne zaj�cie. Mimo
jednak wielkiego wysi�ku, jak twierdzi�a Vyann, zbiory z tajemniczych przyczyn
si� nie udawa�y, a zwierz�ta zdycha�y bez konkretnego powodu. G��d stanowi� tu
sta�e zagro�enie.
Przeszli na inne pok�ady, gdzie miejscami by�o zupe�nie
ciemno, a na �cianach widnia�y blizny po ciosach zadanych nie znan� i zapomnian�
broni�. �lady katastrofy by�y nadal widoczne. W poczuciu osamotnienia dotarli do
poziomu si�owni, kt�ry, jak twierdzi�a Vyann, by� terenem zakazanym dla og�u, z
wyj�tkiem kilku oficer�w. Tutaj nie mieszka� nikt, tu wszystko pozostawiono
czasowi. Panowa�o absolutne milczenie, wsz�dzie spoczywa� py� wiek�w.
- Czasami wyobra�am sobie, jak tu musia�o by� dawniej -
wyszepta�a Vyann przesuwaj�c �wiat�o latarki po �cianach. - Na pewno by�o
gwarno. W tej cz�ci produkowano si�� nap�dow�. Musia�o tu pracowa� mas� ludzi.
Drzwi, kt�re sta�y otworem po obu stronach korytarza,
zupe�nie nie przypomina�y zwyk�ych drzwi statku. Mia�y wmontowane ci�kie ko�a.
Min�li ostatnie sklepione przej�cie i znale�li si� w
olbrzymiej, wysokiej na kilka pi�ter sali. Promie� latarki pad� na stoj�ce po
obydwu stronach pot�ne pojemniki o niezwyk�ych kszta�tach, pomi�dzy kt�rymi
znajdowa�y si� dziwne, ci�kie konstrukcje na ko�ach, zaopatrzone w czerpaki,
haki i metalowe uchwyty.
- Wszystko to kiedy� �y�o - wyszepta�a Vyann - a teraz jest
martwe.
W sali nie by�o echa, gdy� masy nagromadzonego metalu
wch�ania�y ka�dy d�wi�k.
- Tym w�a�nie sterowa�aby sterownia - doda�a - gdyby�my j�
tylko znale�li.
Zawr�cili, po czym Vyann wprowadzi�a go do innej Sali,
przypominaj�cej poprzedni�, chocia� nieco mniejszej (wed�ug zwyk�ych standard�w
by�a ona i tak olbrzymia). Tutaj, mimo �e warstwa kurzu by�a r�wnie gruba jak
wsz�dzie, rozlega� si� ci�g�y, g��boki d�wi�k.
- Widzisz, tutaj si�a jeszcze nie jest martwa - powiedzia�a
dziewczyna - �yje nadal za tymi stalowymi �cianami. Chod�, to co� zobaczysz!
Zaprowadzi�a go do bocznego pokoju, kt�ry w ca�o�ci
zajmowa�a ogromna maszyna. Obudowana p�ytami, wygl�da�a jak trzy olbrzymie ko�a
ustawione piastami do siebie. Po obu stronach maszyny wystawa�a rura o �rednicy
wielu st�p, kt�ra nast�pnie znika�a w stropie. Za rad� Vyann Complain przy�o�y�
r�k� do jednej z rur - okaza�o si�, �e wyra�nie wibruje. Z boku jednego z
wielkich k� znajdowa�a si� klapa inspekcyjna. Vyann przekr�ci�a zamek i
otworzy�a j�. G��boki d�wi�k natychmiast nasili� si�, jakby jaki� harfista
szarpn�� wibruj�c� strun�.
Dziewczyna skierowa�a �wiat�o latarki w otw�r.
Complain patrzy� zafascynowany: w ciemno�ci, migocz�c
niewyra�nie, co� si� nieustannie obraca�o, wydaj�c ten g��boki d�wi�k. Z
widocznej w samym �rodku niewielkiej rurki drobnymi kroplami kapa� p�yn na
wiruj�c� piast�.
- Czy to jest przestrze� kosmiczna? - spyta� Complain z
zapartym tchem.
- Nie - powiedzia�a Vyann zamykaj�c klap�. - To jest jeden
z trzech ogromnych wentylator�w. Ta ma�a rurka w �rodku smaruje jego o�.
Wentylatory te nigdy si� nie zatrzymuj� i powoduj� ruch powietrza w ca�ym
statku.
- Sk�d o tym wiesz?
- Wiem, poniewa� Roger kiedy� mnie tu przyprowadzi� i
wszystko mi wyja�ni�.
Na te s�owa Complain straci� natychmiast wszelkie
zainteresowanie dla ca�ego otoczenia. Zanim zd��y� si� powstrzyma�, spyta�:
- Kim jest dla ciebie Roger Scoyt, Vyann? - Bardzo go
kocham! - powiedzia�a z uczuciem. - Jestem sierot�, moja matka i ojciec udali
si� w Podr�, kiedy by�am jeszcze bardzo ma�a. Oboje zachorowali na gnilca.
Roger Scoyt i jego �ona, kt�ra by�a bezp�odna, adoptowali mnie, a kiedy ona
zgin�a wiele jaw temu, w czasie jednego z napad�w na Dzi�b, on opiekowa� si�
mn� stale i wszystkiego mnie uczy�.
Ogromna fala ulgi doda�a Complainowi odwagi: gwa�townie
chwyci� Vyann za r�k�. Na tychmiast zgasi�a latark� i odskoczy�a od niego. W
ciemno�ci rozleg� si� jej ironiczny �miech.
- Nie przyprowadzi�am ci� tutaj, m�j panie, aby flirtowa� -
powiedzia�a - musisz si� najpierw czym� wykaza�, zanim zaczniesz �apa� mnie za
r�k�.
Pr�bowa� j� schwyta�, ale w ciemno�ci uderzy� si� tylko w
g�ow�, na co dziewczyna od razu zapali�a �wiat�o. Pod wp�ywem niepowodzenia sta�
si� ponury i z�y. Odwr�cony od niej, tar� bolesne miejsce na g�owie.
- Dlaczego mnie tu przyprowadzi�a�? - zapyta�. - Dlaczego
jeste� dla mnie mi�a?
- Zbyt serio traktujesz Nauk�; to dobre dla kogo� z
prowincjonalnego szczepu - powiedzia�a uszczypliwie, lecz po chwili doda�a
�agodniej: - Daj spok�j, nie b�d� taki z�y. Nie s�d�, �e ka�dy, kto okazuje ci
�yczliwo��, musi by� twoim wrogiem. Takie przestarza�e pogl�dy pasuj� lepiej do
twego przyjaciela Marappera...
Ale Complain nie rozchmurzy� si� tak �atwo, zw�aszcza �e
wspomnienie Marappera u�wiadomi�o mu jego ostrze�enie. Zapad� w ponure
milczenie, kt�rego Vyann nie mia�a ochoty przerywa�, i powrotn� drog� odbyli
obra�eni na siebie. Raz czy dwa Complain spojrza� b�agalnie na jej profil
pragn�c, aby si� wreszcie odezwa�a. Uczyni�a to w ko�cu nie patrz�c na niego.
- Jest co�, o co mia�am ci� spyta� - powiedzia�a z
wahaniem. - Trzeba odkry� siedlisko Obcych, trzeba zniszczy� ten szczep
awanturnik�w. Poniewa� nasi ludzie s� g��wnie rolnikami, nie mamy my�liwych.
Nawet nasi wyszkoleni stra�nicy nie odwa�aj� si� zbytnio zag��bia� w glony i na
pewno nie byliby w stanie pokona� tej ca�ej trasy, kt�r� wy�cie przeszli.
Potrzebujemy ci�, Roy, aby� nas poprowadzi� na naszych wrog�w. Chcieli�my
pokaza� ci dostatecznie du�o, aby ci� przekona�, �e s� to tak�e twoi wrogowie.
Patrzy�a teraz na Complaina u�miechaj�c si� mi�o i troch�
�a�o�nie.
- Kiedy tak na mnie patrzysz, m�g�bym p�j�� nawet na
Ziemi�! - zawo�a�.
- Tego od ciebie na pewno nie za��damy powiedzia�a
u�miechaj�c si� nadal. Po raz pierwszy wyzby�a si� rezerwy. - Musimy teraz i�� i
zobaczy�, jak wygl�daj� sprawy Rogera. Jestem przekonana, �e znowu wzi�� na swe
barki wszystkie problemy statku. M�wi�am ci o Obcych, on natomiast powie ci
wszystko o bandzie naje�d�c�w Gregga.
W po�piechu nie zauwa�y�a zdziwienia maluj�cego si� na
twarzy Complaina.
Mistrz Scoyt mia� tym razem nie tylko mn�stwo pracy, ale i
szcz�cia. Czuj�c po raz pierwszy, �e co� konkretnego osi�ga, by� pogodny, a
Complaina powita� jak starego przyjaciela.
Przes�uchanie Fermoura, kt�ry nadal przebywa� pod �cis�ym
nadzorem w pobliskiej celi, zosta�o przesuni�te z powodu jakiego� zamieszania w
Bezdro�ach. Patrol Dziobowc�w, s�ysz�c jaki� zgie�k w g�stwinie, zaryzykowa�
dotarcie do Pok�adu 29 (by� to w�a�nie ten pok�ad, na kt�rym zostali schwytani
Complain i Marapper). Pok�ad ten, oddalony zaledwie o dwa inne od granicy
Dziobu, by� mocno zniszczony i patrol nie odwa�y� si� i�� dalej. Zwiadowcy
wr�cili z pustymi r�kami melduj�c, �e na Po k�adzie 30 toczy si� jaka� walka i
�e s�ycha� przera�liwe krzyki kobiet i m�czyzn.
Na tym ca�a sprawa mog�aby si� zako�czy�, gdyby wkr�tce po
tym epizodzie jeden z bandzior�w Gregga nie podszed� do barykady prosz�c o
rozejm i rozmow� z kim� z dow�dztwa.
- Mam go tu obok w celi - m�wi� Scoyt. To dziwaczny
osobnik. Nazywa si� Hawl. Poza tym, �e o swoim szefie m�wi per „kapitan" -robi
wra�enie zupe�nie normalnego.
- Czego on chce? - spyta�a Vyann. - Czy to dezerter?
- Du�o gorzej ni� dezerter, Laur - rzek� Scoyt. - Walka, o
kt�rej meldowa� nam patrol z Bezdro�y, toczy�a si� mi�dzy band� Gregga i jakim�
innym gangiem. Havel nie chce nic wi�cej powiedzie�, ale ta historia bardzo ich
przerazi�a. Kr�tko m�wi�c, Gregg za po�rednictwem Hawla prosi o pok�j i chce
odda� sw�j szczep pod opiek� Dziobu.
- To podst�p! - zawo�a�a Vyann. - Chc� si� tu po prostu
dosta�!
- Nie s�dz� - powiedzia� Scoyt. - Hawi na pewno m�wi
szczerze. Szkopu� w tym, �e Gregg, znaj�c reputacj�, jak� si� u nas cieszy,
domaga si�, aby jaka� osobisto�� z Dziobu uda�a si� do niego w celu om�wienia
warunk�w. Ma to by� wyraz dobrej woli z naszej strony. Kto�, kto zostanie
wyznaczony do tej misji, musi uda� si� w glony z Hawlem.
- To jest podejrzane - rzek�a Vyann.
- No c�, najlepiej b�dzie, jak p�jdziesz go zobaczy�.
Tylko przygotuj si� na szok - nie jest to zbyt czaruj�cy egzemplarz gatunku
ludzkiego.
Wraz z Hawlem przebywa�o dw�ch oficer�w, kt�rzy mieli go
pilnowa�, ale zamiast tego najwyra�niej t�ukli go ile wlezie zwi�zanymi w sup�y
linami. Scoyt odprawi� ich ostro, ale przez pewien czas nie m�g� nic wydosta� z
Hawla, kt�ry j�cz�c le�a� ca�y czas na brzuchu. Dopiero zapowied� nast�pnego
lania spowodowa�a, �e wreszcie usiad�. By� to naprawd� dziwny osobnik, niewiele
r�ni�cy si� od mutanta. Madaroza pozbawi�a go zupe�nie w�os�w, tak �e nie mia�
ani brody, ani nawet brwi, nie mia� te� zupe�nie z�b�w, a wrodzona deformacja
sprawi�a, �e jego twarz w swej g�rnej partii by�a znacznie przero�ni�ta w
stosunku do partii dolnej, tak dalece zdegenerowanej, �e g�rna szcz�ka
praktycznie wisia�a w powietrzu, czo�o za� by�o tak wypchni�te do przodu, �e
prawie ca�kowicie zas�ania�o oczy. G��wnym wszak�e dziwactwem by� normalny tu��w
z osadzon� na nim g�ow�, nie wi�ksz� ni� dwie m�skie pi�ci, jedna na drugiej.
Na ile mogli si� zorientowa�, byt on w �rednim wieku.
Widz�c pe�ne zgrozy spojrzenie Vyann i Complaina zacz�� mamrota� fragment Pisma
�wi�tego:
- Oby moje nerwice nie obra�a�y...
- No c�, Haniebna G�bo - przerwa� mu pogodnie Scoyt. -
Jakie gwarancje zapewnia tw�j pan naszemu przedstawicielowi - o ile go w og�le
wy�lemy?
- Je�eli wr�c� bezpiecznie do kapitana wyj�ka� Havel - wasz
cz�owiek wr�ci bezpiecznie do was. Na to mo�emy przysi�c.
- Jak daleko jest do tego bandyty, kt�rego nazywasz
kapitanem?
- Tego dowie si� pana cz�owiek, jak p�jdzie ze mn� -
odpowiedzia� Hawl.
- S�usznie. Albo wyci�gniemy to od ciebie tutaj.
- Nie wyci�gniecie! - w g�osie tego dziwnego osobnika by�o
co�, co budzi�o respekt.
Scoyt musia� to wyczu�, bo kaza� mu wsta�, oczy�ci� si� z
kurzu i napi� wody. W trakcie tych czynno�ci zapyta�:
- Ile ludzi liczy banda Gregga?
Hawl postawi� szklank� i sta� trzymaj�c wyzywaj�co r�ce na
biodrach.
- Tego dowie si� wasz cz�owiek, kiedy p�jdzie ze mn�
ustala� warunki! - rzek�. - Powiedzia�em wszystko, co mia�em do powiedzenia, a
teraz zdecydujcie sami, czy zgadzacie si�, czy nie. Zapami�tajcie jednak, �e
je�eli tu przyjdziemy, nie b�dziemy sprawia� k�opotu. B�dziemy walczy� ch�tniej
dla was ni� przeciwko wam. Na to tak�e przysi�gamy.
Scoyt i Vyann popatrzyli na siebie.
- Warto spr�bowa�, je�eli znajdziemy jakiego� lekkomy�lnego
ochotnika - rzek� po chwili Scoyt.
- Musz� i�� do Rady - powiedzia�a Vyann. Complain nie
odzywa� si� dot�d s�owem oczekuj�c sposobno�ci, teraz jednak zwr�ci� si� do
Hawla:
- Czy cz�owiek, kt�rego nazywasz kapitanem, ma jeszcze
jakie� inne imi� opr�cz imienia Gregg?
- Mo�esz go o to sam spyta�, jak b�dziesz ustala� warunki -
powt�rzy� Hawl.
- Popatrz na mnie uwa�nie, cz�owieku. Czy przypominam w
jaki� spos�b kapitana? Odpowiedz!
- Kapitan ma brod� - rzek� wymijaj�co Hawl.
- Powinien ci j� da� do przykrycia g�owy warkn�� Complain.
- A co powiesz na to: Mia�em brata, kt�ry dawno temu wpad� w sza� i uciek� w
Bezdro�a. Nazywa� si� Gregg, Gregg Complain. Czy to w�a�nie tw�j kapitan,
cz�owieku?
- Rany boskie! - powiedzia� Hawl. - I pomy�le�, �e kapitan
ma brata, kt�ry siedzi tutaj w tym gnie�dzie peda��w!
Complain odwr�ci� si� podniecony do mistrza Scoyta, na
kt�rego twarzy malowa�o si� zdumienie.
- Zg�aszam si� na ochotnika. P�jd� z tym cz�owiekiem do
Gregga.
Ta propozycja wyra�nie odpowiada�a mistrzowi Scoytowi. Z
w�a�ciw� sobie ogromn� energi� rozpocz�� niezw�ocznie starania, aby wys�a�
Complaina mo�liwie szybko. U�y� ca�ej si�y swojej �agodnej, ale nieugi�tej
perswazji po to, by doprowadzi� do natychmiastowego zebrania Rady Pi�ciu.
Tregonnin ku swemu niezadowoleniu zosta� �ci�gni�ty z biblioteki, Zac Deight
oderwany od teologicznej dysputy z Marapperem, Billyoe, Dupont i Ruskim
pozostali cz�onkowie Rady, odwo�ani od prac, kt�rymi si� zajmowali. Po tajnej
naradzie sprowadzono Complaina, pouczono go o warunkach, jakie powinien
przed�o�y� Greggowi, i odes�ano �ycz�c przestrzeni. Musia� si� spieszy�, aby
powr�ci�, zanim nastanie kolejna ciemna sen-jawa.
Pomimo �e obecno�� bandy Gregga w Dziobie mia�a swoje
ujemne strony, Rada zgodzi�a si� na ten projekt, oznacza�o to bowiem koniec
potyczek staczanych na obszarze Dziobu, a poza tym uzyskiwano w ten spos�b
do�wiadczonego sojusznika do walki z Obcymi.
Dy�urny wartownik zwr�ci� Complainowi latark� i
paralizator. W�a�nie by� zaj�ty ich przymocowywaniem, gdy do pokoju wesz�a
Vyann, zamykaj�c za sob� drzwi. Na jej twarzy malowa� si� zabawny up�r.
- Id� z tob� - powiedzia�a bez �adnych wst�p�w.
Complain podszed� do niej protestuj�c. Nie by�a
przyzwyczajona do glon�w, mog�o si� w nich czai� jakie� niebezpiecze�stwo. Gregg
m�g� si� okaza� cz�owiekiem fa�szywym, by�a przecie� kobiet�. Przerwa�a mu
tyrad�.
- Nie ma sensu dyskutowa� - powiedzia�a kr�tko. - To jest
rozkaz Rady.
- Nabra�a� ich! Dopi�a� swego! - zawo�a�. Zorientowa� si�,
�e ma racj�, i nagle poczu� si� ob��dnie szcz�liwy. - Dlaczego chcia�a� i�� ze
mn�? - zapyta�.
Odpowied� nie by�a takim komplementem, jaki �yczy� sobie w
g��bi duszy us�ysze�. Vyann zawsze mia�a ochot� na polowanie w glonach i, jak
twierdzi�a, by�a to wyj�tkowa okazja. Przypomnia�o to Complainowi Gwenny i jej
zami�owanie do polowa�. Nie by�o to mi�e wspomnienie.
- Musisz na siebie uwa�a� - rzek� powa�nie, pragn�c
jednocze�nie, aby pow�d, dla kt�rego przy��czy�a si� do niego, by� bardziej
osobisty.
Zanim wyruszyli, zjawi� si� Marapper, by za mieni� na
osobno�ci kilka s��w z Complainem. Znalaz� tymczasem nowy cel w �yciu -
nawr�cenie mieszka�c�w Dziobu na Nauk�. Od czasu �agodnych rz�d�w Rady Nauka
traci�a wp�ywy. G��wnym jej przeciwnikiem by� Zac Deight i st�d spory mi�dzy nim
a Marapperem.
- Nie lubi� tego cz�owieka - mrucza� kap�an. - Jest w nim
co� okropnie szczerego.
- Prosz� ci�, nie wzniecaj tutaj spor�w b�aga� go Complain
- w�a�nie teraz, kiedy ci ludzie zdecydowali si� nas przyj��. Marapper, uspok�j
si� na Boga! Przesta� by� sob�!
Marapper z tak� si�� potrz�sn�� smutno g�ow�, �e zadr�a�y
mu policzki.
- Przystajesz do niewierz�cych, Roy rzek�. - Musz� wznieca�
spory. Niepok�j drzemie wewn�trz w ludziach, musz� go wydosta� na powierzchni�.
W tym tkwi nasze wybawienie, a je�eli jednocze�nie zyskam stronnik�w, tym
lepiej. Roy, m�j przyjacielu, przeszli�my tak d�ug� drog� razem, po to tylko,
aby znale�� dziewczyn�, kt�ra ci� zepsu�a.
- Je�eli masz na my�li Vyann, kap�anie rzek� Complain - to
lepiej zostaw j� w spokoju. Ju� ci� raz ostrzega�em, �e ona nie ma z tob� nic
wsp�lnego.
M�wi� to wyzywaj�co, ale Marapper by� s�odki jak mi�d.
- Nie s�d�, �e mam co� przeciwko niej, Roy. Chocia� nie
mog� ci przebaczy� jako duchowny, wierz mi, �e jako m�czyzna szczerze ci
zazdroszcz�.
Wygl�da� na ca�kowicie opuszczonego, gdy Complain i Vyann
szli w stron� barykady, gdzie ich oczekiwa� Hawl. Jego dawn� ha�a�liwo��
przyhamowa� nieco Dzi�b, gdzie ka�dy by� mu obcy. Dla Marappera z pewno�ci� by�o
lepiej by� wielk� ryb� w ma�ym stawie ni� na odwr�t. Tam, gdzie Complain siebie
odnajdywa�, kap�an zaczyna� si� gubi�.
Hawl sta� przekrzywiaj�c sw� nieprawdopodobnie ma�� g�ow�.
By� wi�cej ni� zadowolony z powrotu w glony, powitanie, jakie mu zgotowa� Dzi�b,
nie by�o zbyt wylewne. Gdy tylko ca�� tr�jk� przepuszczono przez barykady,
ruszy� z wpraw� pierwszy, a Vyann za nim; Complain zamyka� poch�d. Hawl nie by�
teraz ju� tylko wybrykiem natury - porusza� si� tak zr�cznie, �e Complain jako
my�liwy m�g� to tylko podziwia�; ten cz�owiek nie potr�ci� ani jednego li�cia.
Complain zastanawia� si� w g��bi duszy, co mog�o tak bardzo przerazi� tego
cz�owieka, �e got�w by� zamieni� swoje naturalne �rodowisko na nie znan� mu
dyscyplin� Dziobu.
Maj�c tylko dwa pok�ady do przej�cia, nie przebywali zbyt
d�ugo w�r�d glon�w, na szcz�cie dla Vyann. Szybko stwierdzi�a bowiem, �e
g�stwina nie jest romantycznym zak�tkiem, lecz miejscem monotonnym, irytuj�cym i
pe�nym ma�ych, czarnych komar�w. By�a wdzi�czna losowi, gdy Hawl si� wreszcie
zatrzyma�, wypatruj�c czego� w�r�d rzedn�cych �odyg.
- Poznaj� ten odcinek! - zawo�a� Complain. - Tu gdzie�
niedaleko jest miejsce, gdzie nas z Marapperem schwytano.
Przed nimi ci�gn�� si� czarny, zrujnowany korytarz, z
podziurawionymi �cianami i sufitem rozdartym szeroko jak�� zamierzch��
eksplozj�. By�o to miejsce, w kt�rym wyprawa z Kabin po raz pierwszy zetkn�a
si� z niesamowitym stanem niewa�ko�ci. Hawl zapali� �wiat�o i wyda� przerywany
gwizd. Natychmiast z otworu w suficie sp�yn�a lina.
- Je�eli podejdziecie i chwycicie si� liny, to wci�gn� was
do g�ry - powiedzia�. - Podchod�cie powoli i mocno trzymajcie za lin�. To bardzo
proste.
Mog�o to by� jednak prostsze, ni� zapewnia� Hawl. Vyann, po
raz pierwszy przebywaj�ca w stanie niewa�ko�ci, krzykn�a ze strachu. Complain,
bardziej z tym obyty, chwyci� j� wp� i przytrzyma�. Nie nara�aj�c na szwank
godno�ci w�asnej dotarli do liny i podjechali w g�r�. Wci�gni�to ich przez strop
i przez sufit nast�pnego poziomu - wida� wybuch musia� mie� du�y zasi�g. Hawl,
nonszalancko rezygnuj�c z liny, skoczy� w g�r� i wyl�dowa� tu� przed nimi.
Powita�o ich czterech obszarpa�c�w skulonych nad gr� Skacz
wzwy�, w kt�r� grali bezmy�lnie, wyra�nie nie przywi�zuj�c wagi do wynik�w.
Vyann i Complain stali w zrujnowanym pokoju, nadal w stanie niewa�ko�ci. Wok�
otworu, kt�rym przybyli, zgromadzone by�y r�ne graty s�u��ce prawdopodobnie
jako os�ona na wypadek ataku dla tego, kto go strzeg�. Complain spodziewa� si�,
�e odbior� mu paralizator, ale Hawl zamieni� tylko kilka s��w ze swymi obdartymi
przyjaci�mi, po czym wyprowadzi� ich do innego korytarza. Natychmiast wr�ci�a
si�a ci��enia.
Korytarz by� pe�en rannych m�czyzn i kobiet, le��cych na
stosach suchych glon�w. Wi�kszo�� z nich mia�a zabanda�owane twarze lub nogi -
by�y to prawdopodobnie ofiary ostatniej bitwy. Hawl min�� ich szybko, cmokaj�c
ze wsp�czuciem, i wszed� do innego pokoju pe�nego broni i m�czyzn, z kt�rych
wi�kszo�� by�a pokaleczona, w plastrach lub banda�ach. W�r�d nich znajdowa� si�
Gregg Complain.
By� to niew�tpliwie Gregg. Odwiecznego wyrazu
niezadowolenia, widocznego wok� oczu i w�skich warg, nie zmieni�a ani wielka
broda, ani blizna na skroni. Gdy zbli�yli si� Complain i Vyann, wsta�.
- To jest kapitan - o�wiadczy� Hawl. Przyprowadzi�em
pa�skiego brata i t� pi�kn� dam�, kapitanie. Maj� z panem pertraktowa�.
Gregg zbli�y� si� do nich przypatruj�c im si� tak
dok�adnie, jakby od tego mia�o zale�e� jego �ycie. Zarzuci� stary zwyczaj Kabin
i patrzy� im prosto w oczy. W czasie tej lustracji wyraz jego twarzy nie uleg�
�adnej zmianie. Mogli by� kawa�kami drewna, on te� m�g� by� drewnianym klocem;
wi�zy krwi nie mia�y dla niego �adnego znaczenia.
- Przyby�e� z Dziobu oficjalnie? - zwr�ci� si� wreszcie do
m�odszego brata.
- Tak - rzek� Complain.
- Szybko si� wdar�e� w ich �aski, co? Nie zaj�o ci to du�o
czasu?
- Co ty w og�le o tym wiesz? - powiedzia� wyzywaj�co
Complain. Up�r i poczucie niezale�no�ci brata wzros�y wyra�nie od czasu jego
gwa�townego rozstania z Kabinami.
- Wiem niejedno o Bezdro�ach - rzek� Gregg. - Jestem
kapitanem Bezdro�y; co najmniej. Wiem, �e szli�cie w kierunku Dziobu. Niewa�ne,
sk�d wiem, przejd�my raczej do interes�w. Po co przyprowadzi�e� ze sob� t�
kobiet�? �eby ci wyciera�a nos?
- Jak to s�usznie zauwa�y�e�, przejd�my lepiej do interes�w
- powiedzia� ostro Complain.
- Przypuszczam, �e przysz�a z tob�,. aby mie� na ciebie oko
i zobaczy�, jak si� b�dziesz zachowywa� - mrukn�� Gregg. - To typowe dla
Dziobowc�w. Lepiej chod�cie za mn�, tutaj jest za du�o j�k�w... Hawl, ty te�
chod� z nami. Davies, b�dziesz tu teraz dowodzi�, ucisz ich, je�eli potrafisz.
Pod��aj�c za lekko przygarbionym Greggiem Complain i Vyann
weszli do innego pokoju, w kt�rym panowa� nieopisany ba�agan. Na nielicznych
meblach le�a�y pokrwawione szmaty i cz�ci garderoby, przesi�kni�te krwi�
banda�e wala�y si� po pod�odze jak rozdeptane nale�niki z konfiturami. W Greggu
musia�y jeszcze drzema� resztki dobrych manier, bo widz�c niesmak maluj�cy si�
na twarzy Vyann przeprosi� za ba�agan.
- Moja kobieta zgin�a w czasie walki rzek�. - Rozszarpa�o
j� na kawa�ki; nie s�yszeli�cie takiego wrzasku. Nie mog�em do niej dotrze�, po
prostu nie mog�em... Posprz�ta�aby ju� dawno ten ca�y kram. A mo�e pani by to
zrobi�a?
- Przedyskutujemy wasze propozycje i odejdziemy st�d
natychmiast - powiedzia�a cierpko Vyann.
- Co si� zdarzy�o w czasie bitwy, Gregg, �e jeste� taki
przestraszony? - zapyta� Complain. - Dla ciebie te� jestem kapitan - odpar�
brat. - Nikt nie m�wi do mnie Gregg. I zrozum jedno: ja si� nie boj�, nic nigdy
nie by�o w stanie mnie przestraszy�. My�l� tylko o moim szczepie. Je�eli tu
zostaniemy, zginiemy wszyscy, to pewne. Musimy si� st�d wynie��, a Dzi�b jest na
to dostatecznie bezpiecznym miejscem. Tak wi�c - usiad� znu�ony na ��ku i
gestem zaprosi� brata - tutaj ju� nie jest bezpiecznie. Ludzi mo�na pokona�, ale
nie szczury.
- Szczury? - jak echo powt�rzy�a Vyann. - Tak, szczury,
moja �licznotko - Gregg wyszczerzy� z�by. - Wielkie, pot�ne, brudne szczury,
kt�re potrafi� my�le� i dzia�a� jak ludzie. Czy ty wiesz, o czym ja m�wi�, Roy?
Complain zblad�.
- Tak - powiedzia�. - Biega�y ju� po mnie. Sygnalizuj� do
siebie, ubieraj� si� w �achmany i wi꿱 inne zwierz�ta.
- Ach, wi�c ty je znasz? Zdumiewaj�ce... Wiesz wi�cej, ni�
przypuszcza�em. To wielka gro�ba, te stada szczur�w, to najwi�ksza gro�ba na
statku. Nauczy�y si� wsp�lnego dzia�ania i atakuj� zespo�owo, tak w�a�nie
zrobi�y ostatniego snu, gdy nas napad�y, i dlatego musimy si� st�d wynosi�. Nie
byliby�my w stanie ich pokona�, gdyby si� znowu pojawi�y w wi�kszej liczbie.
- To zadziwiaj�ce! - zawo�a�a Vyann. - Na Dziobie nie by�o
takich atak�w.
- Mo�e i nie, Dzi�b to jeszcze nie ca�y �wiat - rzek�
ironicznie Gregg. Z jego hipotezy wynika�o, �e stada szczur�w trzymaj� si�
Bezdro�y, poniewa� tam napotykaj� pojedynczych ludzi, kt�rych �atwo atakowa� i
likwidowa�. Ich ostatni napad by� z jednej strony dowodem wy�szej organizacji, z
drugiej za� cz�ciowo przypadkiem. Nie zdawa�y sobie sprawy z si�y bandy Gregga.
W tym miejscu Gregg uzna� pewnie, �e powiedzia� ju� dosy�, bo nagle zmieni�
temat.
Jak twierdzi�, jego plany przeniesienia si� na Dzi�b by�y
bardzo proste. Mia� utrzyma� swoj� grup� licz�c� oko�o pi��dziesi�ciu os�b jako
autonomiczn� jednostk� nie mieszaj�c� si� z innymi mieszka�cami Dziobu, kt�ra
mia�a wszystkie jawy sp�dza� jak dotychczas, penetruj�c Bezdro�a, i wraca� na
Dzi�b tylko w czasie snu. Wzi�liby na siebie odpowiedzialno�� za pilnowanie
Dziobu przed Obcymi, Gigantami, szczurami i wszelkimi innymi napastnikami.
- A co chcesz w zamian? - spyta� Complain.
- W zamian chc� zachowa� prawo karania moich w�asnych
ludzi. Poza tym ka�dy musi si� do mnie zwraca� per „kapitan".
- Czy to nie dziecinne ��danie?
- Tak s�dzisz? Nigdy nie wiedzia�e�, co jest dla ciebie
dobre. W moim posiadaniu znajduje si� stary dziennik, z kt�rego wynika, �e ja -
i ty te� oczywi�cie - jeste�my potomkami kapitana tego statku. Nazywa� si�
kapitan Complain, kapitan Gregory Complain. Nale�a� do niego ca�y statek.
Wyobra� to sobie, je�eli jeste� w stanie...
Twarz Gregga, zwykle grubia�sk�, rozja�ni�a nagle duma;
gdzie� g��boko tli� si� w nim p�omie� cz�owiecze�stwa, pragnienie zgody z
otaczaj�cym �wiatem... Po chwili zn�w by� ohydnym dzikusem, siedz�cym na
banda�ach. Gdy Vyann zapyta�a o wiek dziennika, wzruszy� ramionami i odrzek�, �e
nie wie, gdy� nie przeczyta� nic poza stron� tytu�ow�. Complain pomy�la�
z�o�liwie, �e i to mu pewnie zaj�o sporo czasu.
- Dziennik jest w szafce za twoimi plecami - rzek� Gregg. -
Jak dojdziemy do porozumienia, to ci go kiedy� poka��. Czy podj�li�cie ju�
decyzj�?
- Oferujesz nam za ma�o, bracie, aby twoja propozycja by�a
atrakcyjna - odpowiedzia� Complain. - Ta gro�ba szczur�w na przyk�ad.
Wyolbrzymiasz j� z sobie tylko znanych powod�w.
- Tak uwa�asz? - Gregg wsta�. - Wi�c chod� i zobacz sam.
Zosta� tu, Hawl, i miej oko na t� dam�, to, co mamy zobaczy�, nie nadaje si� dla
jej oczu.
Poprowadzi� Complaina zapuszczonym korytarzem, zwierzaj�c
mu si� po drodze, jak bardzo �a�uje, �e musi opu�ci� sw� dotychczasow� kryj�wk�.
Dawna. eksplozja i przypadkowy system pozamykanych drzwi mi�dzypok�adowych
utworzy�y dla jego bandy co� w rodzaju fortecy, do kt�rej mo�na si� by�o dosta�
tylko przez rozwalony sufit, kt�r�dy wci�gni�to w�a�nie Complaina i Vyann. Wida�
by�o, �e sprawia mu ogl�danie brata jednak pewn� przyjemno��. W pewnym momencie
otworzy� drzwi do ma�ego, przypominaj�cego szaf� pokoju.
- Oto tw�j dawny kumpel - o�wiadczy� wskazuj�c r�k�.
Widok, jaki ukaza� si� oczom Complaina, zaskoczy� go
ca�kowicie. Na twardej, brudnej pryczy le�a� Ern Roffery, wyceniacz. Ledwie
mo�na go by�o pozna�. Brakowa�o mu trzech palc�w, po�owy mi�ni twarzy, nie mia�
r�wnie� jednego oka. Wi�ksza cz�� wspania�ych nie gdy� w�s�w zosta�a
obgryziona. By�o to dzie�em szczur�w, tego nikt nie musia� Complainowi
t�umaczy�, sam widzia� bowiem �lady z�b�w na objedzonych ko�ciach policzkowych.
Wyceniacz nie rusza� si�.
- Wcale by mnie nie zdziwi�o, gdyby si� okaza�o, �e ju�
uda� si� w Podr� - rzek� oboj�tnie Gregg. - Biedny gnojek, nieustannie cierpi.
Ma tak�e wyjedzon� po�ow� klatki piersiowej.
Potrz�sn�� brutalnie Roffery'ego za rami�, uni�s� mu g�ow�
i pozwoli� jej opa�� na poduszk�.
- Jeszcze ciep�y, ale nieprzytomny - o�wiadczy�. - To ci
chyba wyja�nia, z czym musimy si� boryka�. Ostatniej jawy znale�li�my tego
bohatera wiele pok�ad�w st�d. Powiedzia�, �e szczury go wyko�czy�y. Od niego
dowiedzia�em si� o tobie; pozna� mnie biedak. To niez�y ch�op.
- Jeden z lepszych - rzek� Complain. Mia� tak �ci�ni�te
gard�o, �e prawie nie m�g� m�wi�. Oczyma wyobra�ni widzia�, jak dosz�o do tego
strasznego zdarzenia. Jak zahipnotyzowany patrzy� na potwornie okaleczon� twarz
Roffery'ego, podczas gdy jego brat m�wi� dale. Szczury dopad�y Roffery'ego w
basenie k�pielowym. Oszo�omionego dzia�aniem gazu Gigant�w, za�adowa�y na co� w
rodzaju noszy i zawlok�y do swych legowisk. Tam w�r�d tortur przyst�pi�y do
przes�ucha�.
Legowiska znajdowa�y si� mi�dzy dwoma zawalonymi pok�adami,
gdzie �aden cz�owiek nie m�g� si� dosta�. By�y dos�ownie zat�oczone szczurami,
kt�re w zadziwiaj�cy spos�b z r�nych zebranych drobiazg�w pobudowa�y sobie jamy
i nory. Roffery widzia� zwierz�ta wi�zione przez szczury w op�akanych warunkach.
Wiele z tych bezradnych zwierz�t by�o zdeformowanych fizycznie, a niekt�re mia�y
zdolno�� przenikania do m�zg�w innych. Mutant�w tych u�y�y szczury do
przes�uchiwania Roffery'ego. Complain zadr�a�. Pami�ta� dobrze wstr�t, jaki
odczu�, gdy us�ysza� w m�zgu wybe�kotane pytania kr�lika. Prze�ycia Roffery'ego,
jako znacznie d�u�sze, by�y na pewno o wiele gorsze. Je�eli szczury dowiedzia�y
si� od niego czego� a musia�y ju� wiedzie� o ludziach wiele - to i Roffery
niejednego si� o nich nauczy�. Szczury przede wszystkim zna�y statek jak �aden
cz�owiek; przynajmniej od czas�w katastrofy g�stwina nie stanowi�a dla nich
przeszkody porusza�y si� w�skimi przesmykami mi�dzy jednym a drugim pok�adem i
dlatego tak rzadko by�y widoczne. W�drowa�y tysi�cem przewod�w, kana��w i rur,
kt�re stanowi�y arterie wielkiego statku.
- Teraz wiesz ju�, dlaczego nie czuj� si� tu dobrze -
powiedzia� Gregg - nie chc� mie� g�owy objedzonej do ko�ci. Moim zdaniem, te
szczury to ju� zupe�ny koniec. Wracajmy do twojej dziewczyny. Dobrze wybra�e�,
bracie. Moja nie by�a taka pi�kna, stawy n�g mia�a tak sztywne, �e nie mog�a
zgi�� kolan. Ale... to jej nie przeszkadza�o w ��ku.
Kiedy wr�cili, Vyann bardzo si� ucieszy�a. Siedzia�a, pij�c
jaki� gor�cy nap�j. Za to Hawl by� wyra�nie zak�opotany i uzna� za stosowne
wyja�ni�, �e na widok pokrwawionych banda�y zrobi�o jej si� niedobrze i musia�
jej przynie�� co� do picia.
- Zosta�a kropla i dla pana, kapitanie doda� ma�og�owy -
prosz�, niech pan to grzecznie wypije.
Gdy Gregg pi�, Complain zacz�� szykowa� si� do drogi. By�
nadal wstrz��ni�ty widokiem Roffery'ego.
Gregg popatrzy� twardo na brata. Pod jego t�p� oboj�tno�ci�
czai� si� niepok�j, niew�tpliwie zale�a�o mu na tym, aby wprowadzi� swoj� band�
mo�liwie szybko na Dzi�b. By� mo�e po raz pierwszy u�wiadomi� sobie, �e jego
m�odszy brat stanowi si��, z kt�r� nale�y si� liczy�.
- Mam tu dla ciebie prezent, kt�ry mo�esz zabra� ze sob� -
rzek� niezr�cznie i podni�s� co� z ��ka wsuwaj�c to Complainowi do r�ki. Jest
to rodzaj paralizatora, kt�ry zabra�em dwie jawy temu Gigantowi trafionemu przez
nas w��czni�. Zabija za pomoc� ciep�a. Jest trudny w obs�udze i je�eli nie
b�dziesz uwa�a�, mo�esz si� oparzy�, ale jest bardzo skuteczny na szczury.
„Paralizator" by� ci�kim metalowym przedmiotem. Po
naci�ni�ciu guzika wydziela� si� z niego prawie niewidoczny strumie� ciep�a.
Nawet stoj�c z dala Complain czu� gor�co, ale zasi�g broni by� najwyra�niej
kr�tki. Przyj�� prezent z wdzi�czno�ci� i nadspodziewanie serdecznie rozsta� si�
z bratem. Odchodz�c pomy�la�, jak zabawnym uczuciem jest zadowolenie ze
spotkania z kim� bliskim.
Vyann i Complain wracali na Dzi�b bez eskorty. Complain,
bardziej ni� poprzednio niespokojny, baczy� wsz�dzie na szczury. Przybyli na
miejsce bez przeszk�d, aby zasta� Dzi�b pe�en zamieszania i rozgardiaszu.
nast�pny |